» Załóż konto | Zaloguj się:
Sobota, 04.02.2012 | Imieniny: Andrzeja, Mariusza, Weroniki
Szukaj w Google
Strona główna » Artykuły

10.08.2007

Zlot czarownic

Zobacz powiększenie
fot. Marcin G.

Zupełnie prozaicznie i jak co roku, nadszedł wymarzony czas urlopu. Wakacje w mieście? Nigdy! Z moją duszą globtroterki od razu rzuciłam się w wir wirtualnego zwiedzania, łakomie chłonąc cukierkowo wyglądające na ekranie laptopa plaże Hiszpanii, Grecji, Egiptu z ofert „last minute”.
Wielkiego Finału The Tall Ships’ Races starałam się nie dostrzegać. Tylko popsułby moje i tak niesprecyzowane plany wakacyjne. Skrzętnie omijałam gorączkowe opisy przygotowań w prasie lokalnej, nie wdawałam się w deliberacje, którym z lubością oddawali się szczecińscy malkontenci, na temat tego, co się na pewno nie uda, a co być może uda się przez przypadek. Pieszczotliwie nazywałam ów zlot żaglowców „tall chipsami” – wszak czasy czipsowo-browarowe towarzyszą wszystkim imprezą masowym uwędzonym w przypalonych kiełbaskach i szaszłykach.


Powodowana – niejasnymi dla mnie zupełnie pobudkami – przez cały miesiąc kolekcjonowałam bilety tramwajowe uprawniające do udziału w loterii zorganizowanej przez ZDiTM i Kurier Szczeciński. Ba, nawet podświadomie – widziałam siebie na pokładzie Fryderyka Chopina w rejsie dla zwycięzców.
Gdzieś po drodze nadarzył mi się wyjazd do Warszawy. W stolicy – wiadomo – kultura (nawet masowa), przez wielkie „K” pisana. Włóczy się zatem człowiek po mieście, korzysta z dobrodziejstw, sili się na beztroskę, a tu atakują bilbordy przypominające o owych „tall chipsach” i to jeszcze statki na pełnym morzu „straszą”. Nic dziwnego, że przy wieczornych docinkach usłyszałam: „Zlot żaglowców w Szczecinie? No chyba, że zlot, na miotłach przylecą zaczarowanych – przecież wy tam nawet morza nie macie!”. No fakt, nie mamy – i jakoś nie miałam śmiałości snuć historii o żegludze śródlądowej i europejskich portach głębiej jeszcze niż Szczecin w ujściach i rozlewiskach rzek osadzonych.


Nieco przygnębiona wróciłam do Szczecina. Tłukę się dookoła tramwajem przez całe miasto, bo mi trasy pozmieniali przez tydzień nieobecności, a tu kilkuosobowa grupka Rosjan zagaduje po angielsku, że podobno za pętlą tramwajową jest morze. Świadoma pozornie tylko mało znaczącej różnicy pomiędzy słowem „sea” i „see”, musiałam wytłumaczyć nieco podchmielonym turystom, że ktoś z mego miasta, zadrwił z nich okrutnie i miast wysłać ich do przysłowiowego czorta, po prostu wysłał ich „nad morze” – co w Szczecinie można dość podobnie rozumieć!


Skoro z urlopu na razie nic nie wyszło, wróciłam do pracy – udając jakobym czekała na lepszą pogodę... choćby ducha. A tu wszyscy tylko o żaglowcach mówią: koleżanki opowiadają sobie jakie to śliczne „łódeczki” z papierowych serwetek dzieci zrobiły w przedszkolu, koledzy spekulują na temat cen piwa i kłócą się, który żaglowiec jest największy. Mało kto tak naprawdę śledzi przebieg samych regat. Dla odzyskania spokoju ducha wypełniłam ręcznie (w ostatniej chwili, rzecz jasna!), 50 kuponów na loterię i wyszłam z pracy. Miasto zaskoczyło mnie zupełnie. Niby szaro, niby pogoda „pod psem”, a jednak jakoś tak zielono, czyściej, ciekawiej – tu trawnik skoszony, tu kwiaty, tu nowe oświetlenie, odmalowana ściana, nowy szyld, uprzątnięte gruzowisko, które wcześniej pół roku nikomu nie przeszkadzało.


Tak mnie to zaintrygowało, że rano w biurze dzień rozpoczęłam (zamiast od sprawdzenia pogody w Egipcie), od odwiedzenia oficjalnej strony The Tall Ships’ Races. I choć wiem, jakie to niepopularne, a przynajmniej wysoce podejrzane, w polskich realiach pisać peany – strona rewelacyjna! Prosta, intuicyjna nawigacja, krótkie wiadomości z ciekawymi odnośnikami i... Cztery kamery! Tak, być może jestem pokoleniem Big Brothera, być może telewizja może wszystko. Ale ja w Finale Wielkich Żaglowców zakochałam się w szary poranek, w dość smętnej przestrzeni biurowej, siedząc przed komputerem i oglądając obraz pokazywany przez kamery ustawione na centralne miejsca imprezy. Widziałam jak holowano do nabrzeża Dar Młodzieży i jak dziecko zwołałam do mojego komputera na wspólne oglądanie całe biuro. Dłużej nie mogłam usiedzieć! Gdy rozpoczynałam moją wirtualną przygodę on-line było zaledwie kilku użytkowników, gdy wybiegałam z biura dwie godziny później była ich blisko setka! Mam nadzieję, że nie siedzieli tam zbyt długo, tylko tak jak ja poszli na wagary.
Oczywiście pobiegłam na Wały Chrobrego, dzwoniąc do wszystkich znajomych, aby opuszczali biura. Nieprzekonanym, wmawiałam, że wagary raz na rok pomagają zachować równowagę ich pracodawcy - przynajmniej nie będzie miał wyrzutów sumienia, że znowu nie będzie podwyżki, a skoro jej brak to już sprawa przesądzona – nic nie stoi na przeszkodzie, aby wyszli. Dość to pokrętna logika, ale przygoda wzywała! Uradowana, że kilka osób namówiłam, biegłam przez miasto „z wiatrem w żaglach”. Nawet sms „No coś ty, byłem – lipa, a raczej: gruszki na żaglach”, nie by w stanie mnie zatrzymać. Na razie przy nabrzeżu dwa wielkie żaglowce – zwiedzanie dopiero jutro od 10.00 – już sobie postanowiłam, że będę pierwsza na pokładzie. Będą kręcić się na karuzeli, zjem coś egzotycznego, a kto wie, może poznam bardzo ciekawych ludzi. Na chwilę obecną – Egipt nie ma szans.


I dobrze! Te refleksje spisałam wieczorem mojego pierwszego dnia The Tall Ships’ Races. O śnie niebyło mowy, wrażenia były zbyt silne, a apetyt na sobotę w mieście nigdy jeszcze nie był tak wielki.

Anna Suchocka



 Zobacz pozostałe »

koperta Podyskutuj na forum | koperta Zaprenumeruj newsletter


ikona dodaj komentarzDodaj komentarz

Gość*
Użytkownik: (Wyloguj)
Treść*

* Pola obowiązkowe


ikona wasze komentarzeWasze komentarze

 » 13.08.2007 14:08 - gość

świetny artykuł, lekko napisany i zgrabnie, ciekaw jestem autorki







 
  Kontakt z redakcją | Polityka prywatności | ExclusiveNewsletter   Copyright © 2000-2008 Happy Art
Created by: MightyWorkshop.com