Strona główna » Artykuły
12.07.2007
Lepszy dzik, czy kaban pastowany?

fot.
Nie tak dawno przez nasz kraj przemknęła informacja o zatrzymaniu przez policję kilku osób, które prowadziły internetowy serwis udostępniający polskie napisy do filmów. Dla jednych był to powód do radości, inni byli zbulwersowani. Kto bliżej zainteresował sie problemem, ten wie dlaczego. Pozostałym w kilku słowach wytłumaczę. Podano dwie przyczyny. Jedna to popieranie dystrybucji „pirackich” kopii filmów, druga to naruszenie praw autorskich. Najbardziej ucieszyli się prawnicy, bowiem nie sposób znaleźć podstaw na potwierdzenie któregokolwiek z zarzutów.
Trzeba sobie uzmysłowić, że napisy do filmów w oryginalnej wersji językowej służą nie tylko do „pirackich” kopii. Można je wykorzystać również do kopii filmów nagranych z telewizji (na użytek domowy jest to całkowicie legalne) w wersji oryginalnej. Napisy dostępne w internecie są lepsze niż te umieszczane przez stacje telewizyjne. Wymagane jest odnalezienie napisów zsynchronizowanych na podstawie czasu a nie ilości klatek, oraz odpowiedni program do odtwarzania. Całość jest jak najbardziej zgodna z prawem i służy zwłaszcza osobom uczącym się języków obcych.
Aby ktoś naruszył prawa autorskie tłumacząc, musiałby skopiować tłumaczenie poprzednika. Trudno jednak o takie kopiowanie w przypadku, gdy oryginał jest pełen wad. Wszyscy doskonale wiemy, jak niska jest jakość tłumaczeń w przypadku polskich filmów. Nie mam tutaj na myśli wersji polskich do filmów dubbingowanych, ale polskie listy dialogowe do filmów dystrybuowanych w wersji angielskiej.
Całkiem niedawno dowiedziałem się, z czego to wynika. Okazuje się, że osoby przygotowujące tłumaczenie dla polskich dystrybutorów nie dość, że mają płacone nie od ilości tekstu, ale od czasu trwania filmu (nic tylko tłumaczyć filmy akcji lub erotyczne), to jeszcze coraz częściej się zdarza, że nie widzą filmu, a tłumaczą tylko na podstawie oryginalnej ścieżki dialogowej. Na angielski polskiego „barana” możemy przetłumaczyć jako „Aries” lub „ram” w zależności czy jest to film o astrologii czy też o rolnictwie (o „idiot” już nie wspomnę). Tego typu pomyłki daje się dostrzec w niemal każdym filmie obcojęzycznym w polskich kinach.
Internetowi tłumacze amatorzy robią to za darmo, więc czynnik ekonomiczny jest dla nich nieistotny. Mają też dużo czasu, aby sprawdzić wszelkie wątpliwe słowa, w gronie kolegów, znajomych czy autorytetów w jakieś dziedzinie, np. historii wojen secesyjnych, jak również cały czas kontrolować tłumaczenie z filmem.
Przypomnę, że to właśnie internauci zwrócili uwagę dystrybutorom filmu „Piraci z Karaibów. Skrzynia umarlaka”, że ów tytuł jest błędny. Dystrybutor uwagi zignorował ze szkodą dla nas, widzów. Złe tłumaczenie jest jak rysa na diamencie, potrafi pozbawić wartości (w tym wypadku na płaszczyźnie kulturalnej) nawet najpiękniejszego dzieła. Dobre tłumaczenie przeciwnie, potrafi wzmocnić siłę wyrazu, a czasami żyje nawet własnym życiem (np. „Giaur” tłumaczony przez Adama Mickiewicza jest dla niektórych znawców lepszy od oryginału).
Sam jestem twórcą i prawo autorskie jest dla mnie ważne. Nie zmienia to faktu, że staram się nie tracić zdrowego rozsądku i negować działania niezgodne z prawem. Nie rusza mnie pojawiająca się w pewnych kręgach moda na walkę z „piractwem” i nie popieram lukratywnych nagród finansowych fundowanych przez ZPAV dla najbardziej „zasłużonych” w walce z tym procederem. Popieram walkę z przestępcami, ale tymi prawdziwymi. Na razie przypomina mi to raczej polowanie na czarownice. Nie istotne, czy winna czy nie, byleby społeczeństwo uwierzyło, że to czarownica. Niestety „pastowany kaban” dzikiem nigdy nie będzie.
Autor: Przemysław Łonyszyn
Zobacz pozostałe »
Dodaj komentarz
