Z głębi serca ślę gorące pozdrowienia wszystkim strażakom. Od poniedziałku staną się oni najbardziej poszukiwanym w kraju towarem. I wcale nie chodzi to o gaszenie pożarów. Nie, akurat do tego strażak nie będzie potrzebny.
Wchodząca w życie w następnym tygodniu ustawa nakłada obowiązek zatrudnienia inspektora ochrony przeciwpożarowej w każdej firmie zatrudniającej przynajmniej jednego pracownika. Szacuje się, że takich firm jest w Polsce prawie dwa miliony, a osób posiadających odpowiednie uprawnienia kilka tysięcy. W czasach komunizmu sztucznie podnoszono znaczenie niektórych grup zawodowych: górników, hutników, itp. Teraz mamy do czynienia z podobnym działaniem. Na wniosek Unii Europejskiej podnosimy rangę strażaków. Niestety sprawa nie dotyczy ochotników – ci dalej będą gasić pożary. Wykwalifikowana kadra strażacka będzie teraz pracować dla firm, zwykle bardzo małych, gdzie będzie się zajmować... No właśnie, nie bardzo wiadomo czym. No bo niby ile razy można przeprowadzać szkolenie ppoż. w firmie liczącej dwie osoby? Ile razy można ćwiczyć ucieczkę z palącej się budki z goframi?
To tylko początek niedorzeczności. Czym ma się zajmować bowiem strażak w firmie zatrudniającej np. ratowników na plaży? Przypomnę, że jego zakres obowiązków powinien dotyczyć tylko pracowników firmy. Taki inspektor pożarnictwa będzie więc uczył ratowników, jak uciekać z plaży, gdyby zapalił się piasek, żeby zdążyli przed spanikowanym tłumem plażowiczów.
Niestety nie powiedziano, czy ów strażak ma siedzieć na przysłowiowych czterech literach w miejscu swojej pracy. A szkoda, bo w firmach nie posiadających siedziby musiałby dokonywać nie lada sztuki, aby być wszędzie i nigdzie zarazem. Przykładem takich firmy niech będą choćby liczne portale internetowe, gdzie poszczególni redaktorzy pracują w swoich domach porozrzucanych po kraju lub nawet poza jego granicami.
Na ile przepisy wynikające z ustawy są efektem braku rozumu u polityków unijnych a na ile są zwykłym bublem legislacyjnym, jakich wiele u nas, nie wiem. Trzeba jednak zauważyć, że nie zapewniono ludziom prowadzącym działalność gospodarczą i zatrudniającym pracowników możliwości przystosowania się do warunków. W województwie zachodniopomorskim w jedynym ośrodku szkoleniowym posiadającym uprawnienia pierwsze wolne miejsca na kurs są na… 2011 rok. Mało tego, w przyszłym roku stracą ważność uprawnienia inspektorów pożarnictwa uzyskane przed listopadem 2005, co spowoduje jeszcze większe zapotrzebowanie i jeszcze większe kolejki na kursy.
Wydaje się, że jedynym rozwiązaniem jest zatrudnianie strażaków na jedną kilkunastą etatu. Wówczas taki inspektor pożarnictwa będzie mógł „obskoczyć” wiele firm. Żadnej się pewnie nie przyda, bo raczej w razie pożaru nie będzie na miejscu (chyba, że sam podpali), ale wymogi zostaną zachowane, zaś wynagrodzenie zainteresowanego wzrośnie. Porzuci on dotychczasową posadę w Państwowej Straży Pożarnej i do gaszenia pożarów zostaną nam jedynie ochotnicy, bądź zawodowcy, ale o mniejszych uprawnieniach. Wiele wskazuje więc na to, że niedługo pożary gasić będziemy musieli sami. Może więc łatwiej będzie cofnąć się w czasie do okresu, gdy homo sapiens nie znali jeszcze ognia.
I wszystko byłoby fajnie, gdyby nie fakt, że na takiego „darmozjada” trzeba zarobić. Darmozjada, bo przecież taki strażak nie będzie miał swojego wkładu we wzrost przychodów w firmie, zaś koszty dodatkowe dojdą. Ile małych przedsiębiorstw z tego powodu upadnie? Boję się pomyśleć.
Przemysław Łonyszyn.