Umberto Eco w swoich dyskursach filozoficznych na temat Jamesa Bonda uczynił ze słynnego brytyjskiego agenta symbol popkultury. Postać stworzona przez Iana Fleminga a potem utrwalana w kolejnych odcinkach filmowej sagi utożsamiała wszystkie cechy, jakimi atakowała i atakuje nas kultura popularna (dla nie zorientowanych powiem, że to ta gorsza, w odróżnieniu od kultury wysokiej). W zasadzie trudno nawet orzec, czy to James Bond stworzył popkulturę, czy to ona stworzyła jego.
Nowy film o przygodach superagenta rozbija (chwilami dosłownie) wszelkie jego nieodłączne wcześniej atrybuty. Jeśli „Casino Royal” spotkało się z licznymi słowami krytyki ze strony ortodoksyjnych bondomaniaków, to „Quantum of Solace” powinien doprowadzić ich co najmniej do zawału serca. Tak po prawdzie można śmiało powiedzieć, że stary dobry James Bond umarł na naszych oczach. Umarł i nic nie zapowiada, że wróci, choć przecież 007 żyje dwa razy.
Można by przyjąć, że koniec klasycznej formuły opowieści o Jamesie Bondzie staje się końcem popkultury. Wszak jej symbol, jej superbohater, odwrócił się od niej plecami. Zaprzedał wszystkie swoje elementy, za które kochały go miliony. Pokazał, że płytkie, powtarzalne i stereotypowe myślenie, czyli wszystko to, czym charakteryzowała się kultura popularna, stało się mu obce.
Zanim jednak ogłosimy wszem i wobec śmierć popkultury, utemperuję nieco rozgrzane głowy. Mimo, że „Quantum...” jest formą pośrednią między kinem artystycznym a masowym i pozostawia w widzach całe kiście niepokoju i rozterek różnej natury, to jednak należy zadać sobie pytanie, czy gdyby tylko zamienić nazwisko głównego bohatera z James Bond na np. John McClane czy Jason Bourne, to ktokolwiek wspomniałby choć słowo na temat upadku kultury popularnej?
James Bond obdarty ze swych atrybutów stanął twardo na ziemi, ale tym samym zrównał się z całą gamą innych opowieści, które choć dobre, to jednak dostatecznie powszechnie trafiają do nas z dużego ekranu, iż nie mam mowy o mówieniu o jakimkolwiek przełomie. Gdyby bohater „Quantum...” nie nazywał się Bond, to ten film umarłby pewnie w całej gęstwinie podobnej twórczości. James Bond został obdarty ze swej boskości, swego wyróżnika, swego specjalnego statusu (immunitetu, jak powiedzieliby nasi posłowie). Czy o to chodziło?
Kierunek obrany przez twórców filmów o Bondzie martwić może z zupełnie innej strony. Do tej pory kolejne epizody przypominał kolejne odcinki telewizyjnych seriali sensacyjnych, gdzie każdy odcinek miał swój początek, rozwinięcie i zakończenia akcji, a cechą wspólną był jedynie główny bohater (lub bohaterowie) Tego schematu w „Quantum...” brakuje. Mało tego, upodabnia się bardziej do telenoweli, gdzie każde wydarzenie staje się zaczynem kolejnych nowych wątków, które mimo obejrzenia kilkuset odcinków i tak nie doczekują się zwykle zakończenia. Jeśli więc ktoś próbuje ogłosić zwycięstwo Bonda nad schematyzmem i płytkością kultury popularnej, niech raczej zastanowi się, czy to nie jest porażka 007. Pierwsza i kto wie czy nie ostatnia. Wydaje się, że rzeczywiście „Tosca nie jest dla każdego”, jak głosi najsłynniejszy cytat z ostatniego filmu o Jamesie Bondzie.
Przemysław Łonyszyn