Strona główna » Artykuły
28.01.2008
Zapomnieć przeszłość

fot.
Tym razem mój felieton będzie swego rodzaju kompilacją najważniejszych wątków z artykułu, który ukazał się w miniony wtorek w hiszpańskim dzienniku „El Pais”, autorstwa Monicy Belazy. Dotyczy on ochrony naszych danych w internecie zgodnie z prawem obowiązującym w Hiszpanii. Przyczynkiem była decyzja Agencji Ochrony Danych, która ukarała firmę Google za naruszenie praw i dobrego imienia obywateli.
Każdy z nas popełnia błędy, głównie w młodości. Bójka w dyskotece, ognisko rozpalone w lesie, czy zakłócanie ciszy nocnej. Podobne wydarzenia mogą skończyć się wyrokiem sądowym (w Polsce wyrokiem sądu grodzkiego). Grzechy z przeszłości mogą potem ciągnąć się za człowiekiem nawet, jeśli po latach wymyśli lek na raka, albo dostanie pokojową nagrodę Nobla.
W Hiszpanii tego typu informacje muszą być publikowane w Biuletynie Publicznym, który dostępny jest także w formie elektronicznej w internecie. Co za tym idzie roboty wyszukiwarek mają doń dostęp i pokazują to w wynikach wyszukiwania. W tym momencie dostęp do naszej przeszłości mają osoby, którzy nie powinny wiedzieć o tym, np. koledzy z pracy, czy zawistni sąsiedzi. Wszyscy wiemy, w jakich czasach żyjemy. Dla wielu osób wiesze znaczenie ma, że ktoś 30 lat temu zażywał narkotyki, niż że teraz walczy skutecznie o prawa człowieka.
Wspomniana Agencja Ochrony Danych zakazała Google wykazywania tego typu zapisów w wynikach wyszukiwania, choć przedstawiciele firmy tłumaczyli się, iż dopóki takie dane funkcjonują w sieci, wykazywane będą, gdyż nie ma możliwości przeprogramowania robotów tak, aby je omijały. Decyzja agencji była wynikiem trzyletniej walki pewnego wicedyrektora szkoły, który lat temu wiele dostał mandat za... załatwianie czynności fizjologicznych na ulicy.
Czy stanowisko Temidy będzie identyczne w kolejnych, podobnych przypadkach? Autorka artykułu zadaje pytanie, co z ludźmi, którzy zostali skazani wyrokiem sądu pierwszej instancji, ale w drugiej zostali uniewinnieni? Może się zdarzyć, że w wynikach wyszukiwania zapis o wyroku skazującym znajdzie się na początku, a uniewinniający na końcu długiej listy. Przy pierwszym wpisie nie będzie żadnej wzmianki, że była apelacja i została uwzględniona. W wyrywkowym wyszukiwaniu przez wyszukiwarkę skazani jesteśmy na wątpliwą inteligencję robotów. Aż się prosi o katastrofę.
Google akceptuje logikę Agencji Ochrony Danych, ale zrzuca winę za taki stan rzeczy na osoby odpowiedzialne za publikowanie oficjalnych danych w sieci (osoby uprawnione i tak korzystają z tych zasobów zazwyczaj w tradycyjnej formie). Wystarczy zabezpieczyć je odpowiednio hasłami. Zasadnym wydaje się jednak pytanie, po co w ogóle udostępniać tego typu informacje w sieci? Jest to również pytanie o odpowiedzialność cywilną urzędnika, który przez zaniechanie doprowadził do naruszenia dóbr osobistych obywatela.
Czy w Polsce jesteśmy zagrożeni w podobnym stopniu? Czy np. informacje o etapie załatwienia naszego podania w magistracie są dostępne przez roboty Googla? A może wiedzą, ile punktów karnych uzbieraliśmy na drogach? Chętnie zapoznam się z waszymi opiniami na ten temat. Znających język Cervantesa odsyłam zaś do wspomnianego artykułu w „El Pais”, pt. „Google tendrá que olvidar tu pasado”. Znajduje się tam więcej wątków, których nie poruszyłem, by nie zanudzać.
Przemysław Łonyszyn.
Zobacz pozostałe »
Dodaj komentarz
